Sobota, 14 sierpnia 2021Kategoria .Romet.
Po mieście
Rower:Romet20.87 km (0.00km teren) czas jazdy: 01:11 h AVS:17.64km/h
Testowanie Rometa po wymianie części.
Czwartek, 12 sierpnia 2021
Miasto
Rower:Giant GSR10.40 km (0.00km teren) czas jazdy: 00:45 h AVS:13.87km/h
Załatwianie spraw na mieście.
Niedziela, 1 sierpnia 2021Kategoria zz Foto zz, .Wheeler., ..>150km, ..>100km
Terenowa wycieczka na południe
Rower:Wheeler150.26 km (61.35km teren) czas jazdy: 08:18 h AVS:18.10km/h praca: 7018 kcal
Dzisiaj wreszcie coś większego. Poprzedni weekend był jednak słaby, bo się nie zajechałem. Dzisiaj też przyjechałem do domu z podniesioną głową, ale za to bardziej zmęczony. Znowu wybrałem kierunek południowy, ale inny początek trasy.

Tym razem Puszczę Bukową przejechałem tzw. Drogą Górską. Podjazd ulica Chłopską, a potem 1,5 km podjazdu dosyć stromego po szutrze. To o wiele lepsza wersja niż jechać ulicą Smoczą po bruku, chodniku, asfalcie i robić jeszcze większe przewyższenia, żeby finalnie i tak dotrzeć do Kołowa. Dzisiaj było szybciej, możliwe że także krócej i teraz tak będę jeździć na MTB.

Początek podjazdu i koniec terenu zabudowanego, można grzać 90 km/h

Malownicze widoki (przynajmniej w realu) na Drodze Górskiej
Za Kołowem dosyć szybko skręciłem w teren. To jest jakaś zaniedbana, ale prawie przejezdna droga. W pewnym momencie musiałem ominąć leżące w poprzek drzewo. Oprócz tego koleiny prawdopodobnie od sprzętu leśników.


Chyba Jezioro Glinno

Na pewno Jezioro Glinno
Okrążając jezioro zgubiłem na chwilę trasę. Znowu ten czarny nieprzejezdny zaniedbany szlak. Wąski, jak single track i do tego zarośnięty. Kiedy wydostałem się już do cywilizacji, czyli do bruku, to skierowałem się na południe do Żelisławca. Tutaj na jakiś czas wsiadłem na asfalt.

Kawałek za Żelisławcem

Nie wiem gdzie to

Chyba za Sobieradzem

Wiadukt w ciągu S3

Około 1-2 km wzdłuż S3

Widok w kierunku Gorzowa

Dalszy kierunek mojej jazdy

Szutrowy podjazd

Na szlaku nr 3 w kierunku na południe, za Borzymiem

Szlak nr 3, za Małym Borzymiem

Ruiny Zamku Joanitów w Swobnicy. Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że w ubiegłym roku kilka razy byłem bardzo blisko tego miejsca.



Przewróciło się? Niech leży!


Widok z drogi gruntowej za Swobnicą

Jadąc na zachód

Nadal kierunek zachód

Widok na Odrę w Widuchowej

Krowy muu

Ostatnie zdjęcie z dzisiaj. Gdzieś między Widuchową, a Marwicami na szlaku MTB
Około 70-80 km poczułem, że z przodu robi mi się miękko. Okazało się, że złapałem flaka, ale powietrze schodzi powoli. Przednia opona już właściwie dokonała swego żywota, następczyni czeka. Na szczęście wystarczyło dopompować. To mi dało dodatkowe 10 km jazdy. Krótkie dopompowanie, bo komary mocno atakowały. Z kolei w Gryfinie miałem trochę sprzyjających okoliczności. Złapał mnie deszcz, który po chwili ewoluował w oberwanie chmury, ale schowałem się pod budynkowiaduktem. Dobre 20 minut czekałem. Z Gryfina na mokro powrót trochę. Gdzie się dało to jechałem po chodniku, żeby się nie zachlapać. Jeszcze jedno pompowanie zrobiłem na wyjeździe z Gryfina i to już wystarczyło do końca. Z niefajnych rzeczy, to przeskoczył mi parę razy łańcuch, gdy stanąłem na pedały, więc za tydzień będę już na nowym napędzie lub na szosie, gdybym nie zdążył się z tym uporać.
Dzisiejsza trasa była bardzo interesująca. Sporo km w terenie z czego też sporo przez lasy. Różnorodna nawierzchnia, piachu relatywnie mało. Żadnego niebezpiecznego psa w jakiejkolwiek wsi i żadnego kierowcy wariata.

Tym razem Puszczę Bukową przejechałem tzw. Drogą Górską. Podjazd ulica Chłopską, a potem 1,5 km podjazdu dosyć stromego po szutrze. To o wiele lepsza wersja niż jechać ulicą Smoczą po bruku, chodniku, asfalcie i robić jeszcze większe przewyższenia, żeby finalnie i tak dotrzeć do Kołowa. Dzisiaj było szybciej, możliwe że także krócej i teraz tak będę jeździć na MTB.

Początek podjazdu i koniec terenu zabudowanego, można grzać 90 km/h

Malownicze widoki (przynajmniej w realu) na Drodze Górskiej
Za Kołowem dosyć szybko skręciłem w teren. To jest jakaś zaniedbana, ale prawie przejezdna droga. W pewnym momencie musiałem ominąć leżące w poprzek drzewo. Oprócz tego koleiny prawdopodobnie od sprzętu leśników.


Chyba Jezioro Glinno

Na pewno Jezioro Glinno
Okrążając jezioro zgubiłem na chwilę trasę. Znowu ten czarny nieprzejezdny zaniedbany szlak. Wąski, jak single track i do tego zarośnięty. Kiedy wydostałem się już do cywilizacji, czyli do bruku, to skierowałem się na południe do Żelisławca. Tutaj na jakiś czas wsiadłem na asfalt.

Kawałek za Żelisławcem

Nie wiem gdzie to

Chyba za Sobieradzem

Wiadukt w ciągu S3

Około 1-2 km wzdłuż S3

Widok w kierunku Gorzowa

Dalszy kierunek mojej jazdy

Szutrowy podjazd

Na szlaku nr 3 w kierunku na południe, za Borzymiem

Szlak nr 3, za Małym Borzymiem

Ruiny Zamku Joanitów w Swobnicy. Dopiero niedawno zdałem sobie sprawę, że w ubiegłym roku kilka razy byłem bardzo blisko tego miejsca.



Przewróciło się? Niech leży!


Widok z drogi gruntowej za Swobnicą

Jadąc na zachód

Nadal kierunek zachód

Widok na Odrę w Widuchowej

Krowy muu

Ostatnie zdjęcie z dzisiaj. Gdzieś między Widuchową, a Marwicami na szlaku MTB
Około 70-80 km poczułem, że z przodu robi mi się miękko. Okazało się, że złapałem flaka, ale powietrze schodzi powoli. Przednia opona już właściwie dokonała swego żywota, następczyni czeka. Na szczęście wystarczyło dopompować. To mi dało dodatkowe 10 km jazdy. Krótkie dopompowanie, bo komary mocno atakowały. Z kolei w Gryfinie miałem trochę sprzyjających okoliczności. Złapał mnie deszcz, który po chwili ewoluował w oberwanie chmury, ale schowałem się pod budynkowiaduktem. Dobre 20 minut czekałem. Z Gryfina na mokro powrót trochę. Gdzie się dało to jechałem po chodniku, żeby się nie zachlapać. Jeszcze jedno pompowanie zrobiłem na wyjeździe z Gryfina i to już wystarczyło do końca. Z niefajnych rzeczy, to przeskoczył mi parę razy łańcuch, gdy stanąłem na pedały, więc za tydzień będę już na nowym napędzie lub na szosie, gdybym nie zdążył się z tym uporać.
Dzisiejsza trasa była bardzo interesująca. Sporo km w terenie z czego też sporo przez lasy. Różnorodna nawierzchnia, piachu relatywnie mało. Żadnego niebezpiecznego psa w jakiejkolwiek wsi i żadnego kierowcy wariata.
Piątek, 30 lipca 2021Kategoria .Romet.
Po mieście
Rower:Romet24.44 km (0.00km teren) czas jazdy: 01:24 h AVS:17.46km/h
Taka typowa trasa jak to zwykle. Arkonka, miasto, zygzaki.
Środa, 28 lipca 2021Kategoria .Romet.
Po mieście
Rower:Romet24.13 km (0.00km teren) czas jazdy: 01:16 h AVS:19.05km/h
Wieczorne kręcenie po mieście. Zwykle wtedy jadę przez centrum do Arkonki i robię jedną lub dwie ósemki po asfaltowych ścieżkach. Potem powrót przez centrum do domu z elementami spontanicznego zygzaka.
Poniedziałek, 26 lipca 2021Kategoria .Romet.
Załatwianie spraw na mieście
Rower:Romet16.84 km (0.00km teren) czas jazdy: 01:13 h AVS:13.84km/h
Kręcenie się po mieście w godzinach funkcjonowania strefy płatnego parkowania. Wybrałem rower, ponieważ nie musiałem pachnieć kwiatami ani świeżością, a przy przebijaniu się przez roboty drogowe rower zawsze najskuteczniejszy. Żeby jednak nie było tak oh, ah, to jednak musiałem interwencyjnie rano wyskoczyć do garażu, żeby zmienić przebitą dętkę w tylnym kole. Potem już z górki.
Sobota, 24 lipca 2021Kategoria ..>100km, .Wheeler., zz Foto zz
Puszcza Bukowa
Rower:Wheeler104.38 km (31.25km teren) czas jazdy: 06:06 h AVS:17.11km/h praca: 4814 kcal
Zaplanowałem sobie na dzisiaj trasę na 215 km na południe, ale gdy się obudziłem to było tak duszno, że odechciało mi się szykowania. Prawdopodobnie błędnie chciałem jeszcze zmienić opony na nowe semislicki i wizja męczenia się z kołami zmieniła inspirację na trasę. Dobrze wyszło, bo gdybym jednak zdjął opony terenowe i pojechał w tę zaplanowaną trasę, to pewnie bym się zniesmaczył brakiem przejezdności. A tak zrobiłem spory objazd Puszczy i odwiedziłem miejsca, w których byłem pierwszy lub drugi raz w życiu. Niektóre mi się przypominały wraz z konkretnymi wyjazdami ze starą ekipą.

Początek to dojazd około 13 km do Jeziora Szmaragdowego, a stąd już tylko pod górkę. Zawsze tak jest. To jest minus Puszczy, że zawsze jest pod górkę. Tym razem górka była taka hardkorowa, że nie dałem rady wydolnościowo i podprowadziłem, a teraz widzę że tętno dobiło wtedy do 184 ud/min. Nie mogłem jechać na 1x1, ani 1x2, dopiero na 1x3. Łańcuch nie pracuje dobrze ze skrajnymi zębatkami, powoli napęd umiera. Kaseta i łańcuch mają 11 tys. km przebiegu. Nowy napęd już czeka.


Po wjechaniowejściu na pierwszy szczyt. Zdjęcie robione na szybko jak wszystkie dzisiejsze. Była masa komarów i much. I tak nieźle zostałem pogryziony. Upierdliwe te owady na podjazdach, bo moje tempo wolniejsze od ich tempa.

Dojeżdżając do autostrady A6 zobaczyłem korek. Teraz już wiem, że to jakiś wypadek był.

Tutaj szuter, ale dzisiaj było wszystko: bruk, gruz, kamienie, piasek, ubite ścieżki, rozjechane ścieżki, korzenie drzew, błoto, pole i zboże, gałęzie, cieki wodne.

Niestety nie udało mi się złapać ostrości, bo nie chciałem się zatrzymywać, żeby zostać zjedzonym.

Jezioro Binowskie

Przerwa na przelanie wody do bidonu, czyli poszukiwanie miejsca z dala od drzew, aby nie być narażonym na atak komarów i muszydeł

Dla tego i następnego zdjęcia postanowiłem się poświęcić. Niech mnie gryzą.

Przyjemny zjazd. Niestety jak się okazało po chwili, sfrajerowałem się, bo jechałem na wyłączonym ekranie i gadającej nawigacji. Po chwili musiałem tędy podjeżdżać.

Oczywiście, że tutaj też było pełno much.

Taka prowizoryczna samozwańcza kładka. Motywacja, żeby nie wpaść samemu lub nie puścić roweru do wody spora. Głębokość pewnie z kilkadziesiąt cm, ale utrata honoru i elektroniki byłaby niemierzalna. Czarny szlak, które notabene jest bardzo zaniedbany na początkowym fragmentem, którym dzisiaj jechałem. Wydaje mi się, że kiedyś jadąc wg papierowej mapy nie mogłem się nim przedostać, bo istniał tylko na archiwalnych oznaczeniach farbą na drzewach i drukiem na mapie. Dzisiaj chyba też tak trochę było, ale pojechałem trochę obok i ponownie na niego wjechałem za jakiś czas. Szlak idzie na wschód w kierunku od Owczych Gór na mapie.


Sukces, w końcu znalazłem bezpieczną miejscówkę na schudnięcie, gdzie nie byłem atakowany przez żadne owady!

To okolice Glinnej, po chwili zawrotka i kontynuacja na północ.

Kościół w Dobropolu Gryfińskim

Zaczynało się już robić późno i po chwili ostatni raz wjechałem w teren. Chciałem jeszcze kontynuować wg planu, ale nie mogłem znaleźć ścieżki w pewnym momencie, a ponieważ z buta musiałbym się przedzierać przez trawę by jej szukać, bo tak zarosło, to uznałem, że zmiana planów, że i tak za godzinę w lesie zostanie wyłączone światło i zrobię powrót inaczej. Tak na dobrą sprawę to nie przejechałem nawet połowy zaplanowanej trasy, bo w planie był powrotny rozbudowany zygzak w terenie w obrębie na północ od drogi asfaltowej Podjuchy-Dobropole Gryfińskie. Tymczasem powoli zaczynałem czuć, że już nie chce mi się jechać, a bardziej chce mi się jeść. Bardzo się zatem ucieszyłem, gdy dojechałem do asfaltowego zjazdu, który doprowadził mnie do ulicy Pyrzyckiej w Szczecinie. Tutaj wsiadłem na szlak rowerowy i bez fajerwerków wróciłem do cywilizacji. Po mieście dokręciłem jeszcze 20 km by wyszła setka.
Podsumowanie: w piątek jadłem i jadłem i jadłem, żeby być przygotowanym na duży wydatek energetyczny w sobotę, a jeszcze do tego w sobotę przed wyjazdem zjadłem dwa śniadania. Efekty były takie, że nie dopadł mnie tzw. zgon, mimo że w czasie całej wycieczki, która trwała 6 godzin 40 minut nie zjadłem nic a nic. Picia miałem tylko dwa litry i to było za mało o co najmniej 500 ml jak na dzisiejsze warunki. Zapomniałem też tabletek z potasem, co spodziewałem się, że może być problemem w drugiej połowie drogi, ale nie było. W przyszłym tygodniu zacznę się objadać już dwa dni przed rowerem i podjąłem decyzję, że przechodzę w Wheelerze na te semislicki, w sumie raczej bardziej slicki niż nieslicki i doprowadzam do używalności Treka, który będzie jedynym rowerem stricte w teren od tej pory. Wheeler zostanie pseudogravelem, bo wstawię mu sztywny widelec, co obniży mu masę o jakieś 1,2 kg, bo obecne kowadło to ponad 2,0 kg, a sztywny alu widelec to jakieś 0,8 kg. Wheeler będzie rowerem do turystyki po Polsce, a Bridgestone będzie rowerem do jazdy po równych asfaltach, czyli głównie do wyjazdów na stronę niemiecką.

Początek to dojazd około 13 km do Jeziora Szmaragdowego, a stąd już tylko pod górkę. Zawsze tak jest. To jest minus Puszczy, że zawsze jest pod górkę. Tym razem górka była taka hardkorowa, że nie dałem rady wydolnościowo i podprowadziłem, a teraz widzę że tętno dobiło wtedy do 184 ud/min. Nie mogłem jechać na 1x1, ani 1x2, dopiero na 1x3. Łańcuch nie pracuje dobrze ze skrajnymi zębatkami, powoli napęd umiera. Kaseta i łańcuch mają 11 tys. km przebiegu. Nowy napęd już czeka.


Po wjechaniowejściu na pierwszy szczyt. Zdjęcie robione na szybko jak wszystkie dzisiejsze. Była masa komarów i much. I tak nieźle zostałem pogryziony. Upierdliwe te owady na podjazdach, bo moje tempo wolniejsze od ich tempa.

Dojeżdżając do autostrady A6 zobaczyłem korek. Teraz już wiem, że to jakiś wypadek był.

Tutaj szuter, ale dzisiaj było wszystko: bruk, gruz, kamienie, piasek, ubite ścieżki, rozjechane ścieżki, korzenie drzew, błoto, pole i zboże, gałęzie, cieki wodne.

Niestety nie udało mi się złapać ostrości, bo nie chciałem się zatrzymywać, żeby zostać zjedzonym.

Jezioro Binowskie

Przerwa na przelanie wody do bidonu, czyli poszukiwanie miejsca z dala od drzew, aby nie być narażonym na atak komarów i muszydeł

Dla tego i następnego zdjęcia postanowiłem się poświęcić. Niech mnie gryzą.

Przyjemny zjazd. Niestety jak się okazało po chwili, sfrajerowałem się, bo jechałem na wyłączonym ekranie i gadającej nawigacji. Po chwili musiałem tędy podjeżdżać.

Oczywiście, że tutaj też było pełno much.

Taka prowizoryczna samozwańcza kładka. Motywacja, żeby nie wpaść samemu lub nie puścić roweru do wody spora. Głębokość pewnie z kilkadziesiąt cm, ale utrata honoru i elektroniki byłaby niemierzalna. Czarny szlak, które notabene jest bardzo zaniedbany na początkowym fragmentem, którym dzisiaj jechałem. Wydaje mi się, że kiedyś jadąc wg papierowej mapy nie mogłem się nim przedostać, bo istniał tylko na archiwalnych oznaczeniach farbą na drzewach i drukiem na mapie. Dzisiaj chyba też tak trochę było, ale pojechałem trochę obok i ponownie na niego wjechałem za jakiś czas. Szlak idzie na wschód w kierunku od Owczych Gór na mapie.


Sukces, w końcu znalazłem bezpieczną miejscówkę na schudnięcie, gdzie nie byłem atakowany przez żadne owady!

To okolice Glinnej, po chwili zawrotka i kontynuacja na północ.

Kościół w Dobropolu Gryfińskim

Zaczynało się już robić późno i po chwili ostatni raz wjechałem w teren. Chciałem jeszcze kontynuować wg planu, ale nie mogłem znaleźć ścieżki w pewnym momencie, a ponieważ z buta musiałbym się przedzierać przez trawę by jej szukać, bo tak zarosło, to uznałem, że zmiana planów, że i tak za godzinę w lesie zostanie wyłączone światło i zrobię powrót inaczej. Tak na dobrą sprawę to nie przejechałem nawet połowy zaplanowanej trasy, bo w planie był powrotny rozbudowany zygzak w terenie w obrębie na północ od drogi asfaltowej Podjuchy-Dobropole Gryfińskie. Tymczasem powoli zaczynałem czuć, że już nie chce mi się jechać, a bardziej chce mi się jeść. Bardzo się zatem ucieszyłem, gdy dojechałem do asfaltowego zjazdu, który doprowadził mnie do ulicy Pyrzyckiej w Szczecinie. Tutaj wsiadłem na szlak rowerowy i bez fajerwerków wróciłem do cywilizacji. Po mieście dokręciłem jeszcze 20 km by wyszła setka.
Podsumowanie: w piątek jadłem i jadłem i jadłem, żeby być przygotowanym na duży wydatek energetyczny w sobotę, a jeszcze do tego w sobotę przed wyjazdem zjadłem dwa śniadania. Efekty były takie, że nie dopadł mnie tzw. zgon, mimo że w czasie całej wycieczki, która trwała 6 godzin 40 minut nie zjadłem nic a nic. Picia miałem tylko dwa litry i to było za mało o co najmniej 500 ml jak na dzisiejsze warunki. Zapomniałem też tabletek z potasem, co spodziewałem się, że może być problemem w drugiej połowie drogi, ale nie było. W przyszłym tygodniu zacznę się objadać już dwa dni przed rowerem i podjąłem decyzję, że przechodzę w Wheelerze na te semislicki, w sumie raczej bardziej slicki niż nieslicki i doprowadzam do używalności Treka, który będzie jedynym rowerem stricte w teren od tej pory. Wheeler zostanie pseudogravelem, bo wstawię mu sztywny widelec, co obniży mu masę o jakieś 1,2 kg, bo obecne kowadło to ponad 2,0 kg, a sztywny alu widelec to jakieś 0,8 kg. Wheeler będzie rowerem do turystyki po Polsce, a Bridgestone będzie rowerem do jazdy po równych asfaltach, czyli głównie do wyjazdów na stronę niemiecką.
Czwartek, 22 lipca 2021Kategoria .Wheeler., zz Foto zz
Puszcza Wkrzańska
Rower:Wheeler41.74 km (9.55km teren) czas jazdy: 02:07 h AVS:19.72km/h
Wieczorne wyjście, żeby się nie zardzewieć przed weekendem. Trochę Puszczy Wkrzańskiej i zdecydowanie więcej miasta. Planowałem, że wczoraj i dzisiaj zrobię po 20 km na Romecie, a w sobotę jakieś 200+ Wheelerem w kierunku Cedynii z domieszką terenu i czegoś nowego, ale przez wczorajszego flaka dzisiaj zmiana planów.

Widok na Jezioro Głębokie

Widok na Jezioro Głębokie
Środa, 21 lipca 2021Kategoria .Romet.
Po mieście
Rower:Romet9.09 km (0.00km teren) czas jazdy: 00:31 h AVS:17.59km/h
Dzisiaj peszek. Za mocno napompowalem tylne koło i nypel musiał przebić dętkę od środka. Bardziej wina koła, bo takie jest lipne, ale samo się przecież nie pompowało. Potem powrót z Arkonki przez 70 minut z buta.
Niedziela, 18 lipca 2021Kategoria ..>100km, ..>150km, ..>200km, .Wheeler., Night Bike, zz Foto zz
Wycieczka nad Morze Bałtyckie
Rower:Wheeler210.00 km (13.65km teren) czas jazdy: 10:14 h AVS:20.52km/h praca: 8425 kcal
Na dzisiaj rozpatrywałem dwie możliwości: kierunek południowy na szosie do granicy w Siekierkach lub kierunek północny na góralu. Wybrałem tę drugą opcję, ponieważ wg prognozy miała być tutaj niższa temperatura. Rzeczywiście nie było takiego skwaru jak tydzień temu.

Bardzo dobrze, że pojechałem na rowerze MTB, mimo że prawie sam asfalt, ponieważ ten asfalt był miejscami w bardzo złym stanie i jazda szosą byłaby obrzydliwa. Właściwie, to jak tak jechałem i mijałem miejsca, które rok temu odwiedzałem na szosie i widziałem te dziury w nawierzchni, to doszedłem do wniosku, że rower szosowy nadaje się tylko na jazdę po NRD. Dla mojego stylu jazdy najlepszy chyba byłby rower grawelowy, bo dziurawe asfalty wymagają czegoś bardziej terenowego niż szosowe slicki, a przy tym bruk, szuter czy leśna ścieżka nie byłyby wyzwaniem. No i wydaje mi się, że rower grawelowy to najbardziej przygodowy typ roweru, a do tego oferujący wygodną pozycję jak na szosie.

Jeszcze przed Goleniowem

Kierunek na Stepnicę

Za Stepnicą jest budowa. Kawałek jest już z nową nawierzchnią, ale zdecydowanie nie polecam roweru szosowego, bo we wsiach jeszcze jest dziko. Roboty mają zostac skończone zdaje się w maju 2022.


W końcu na Wolinie

Obowiązkowe zdjęcie

Dzisiaj zabrałem ze sobą 4,5 litra wody i puszkę 0,5 L bezalkoholowego radlera i to ostatnie to był dobry pomysł. Na przyszłość będę brał chyba nawet dwie puszki. W arsenale jeszcze ukatrupione poprzednim wyjazdem wafle w czekoladzie, która się przykleiła do papierka na amen oraz dwie kanapki z kotletem schabowym. Do tego 5 tabletek z potasem po 150 mg/szt. Wszystko dzisiaj robiłem, żeby tylko nie musieć po te kotlety sięgać, ale w końcu poczułem, że nie dam rady i jednego wciągnąłem. Nawet dobry był mimo ponad 8 godzin w ciepełku.

Ponieważ jechałem dzisiaj w miarę szybko jak na porównywalne wycieczki i miałem świadomość, że nieprędko będę w porównywalnej sytuacji, to zdecydowałem się, że nawet kosztem nocnego powrotu podjadę do Międzyzdrojów. Bocznymi drogami. Dziurawymi. Ah, jak dobrze, że nie wziąłem szosy.



Tu mieszkają żubry

Stąd przyjechałem



Ok, morze cyknięte, więc można wracać

Powrót zrobiłem inną drogą. Najpierw po DK3, a potem wzdłuż S3.











Dawna DK3, obecnie chyba jakaś DW. Pusto i dobra nawierzchnia, przyjemny odcinek.

Przejście dla zwierząt

Widok z wiaduktu na nowy odcinek S3
To już koniec zdjęć. Do Goleniowa dojechałem już w totalnej szarówce. Powrót przez Lubczynę i Czarną Łąkę. Jakaś masakra muchowo-ćmowa miała miejsce po zapadnięciu zmroku. Parę razy wjechałem w takie chmary, że zdecydowałem się na jazdę bez światła przedniego, o ile było widać jezdnię i nic nie jechało w moją stronę. Ostatnie około 30 km to też walka ze zgonem. W rezerwie miałem jeszcze drugą kanapkę z kotletem schabowym, ale nie chciało mi się otwierać torby i ryzykować, że tym razem kotlet będzie smakować jak kapeć. Z drugiej strony takie danie sobie w kość zwykle na kolejne wyjazdy procentuje, więc doczołgałem się powolutku do finiszu. Teraz jeszcze nie poszedłem spać do 5 nad ranem, bo wcinam po trochu kolejne tabsy i czuję respekt przed potencjalnymi skurczami. Jeśli wejdzie, to będzie to taki skurcz morderca, a ja będę musiał ostro drzeć ryja, do tego obie łydki sa zagrożone, więc zrobię wszystko byle tylko to zablokować. Tak w ogóle, wyszedł mi rekord życiowy na rowerze MTB. Pomału kończą mi się opony i na próbę kupię sobie chyba opony z bieżnikiem jak do grawela tylko, że 26 cali. Tak w ramach testu jak to się jeździ na małym bieżniku po szosie i w lekkim terenie.

Bardzo dobrze, że pojechałem na rowerze MTB, mimo że prawie sam asfalt, ponieważ ten asfalt był miejscami w bardzo złym stanie i jazda szosą byłaby obrzydliwa. Właściwie, to jak tak jechałem i mijałem miejsca, które rok temu odwiedzałem na szosie i widziałem te dziury w nawierzchni, to doszedłem do wniosku, że rower szosowy nadaje się tylko na jazdę po NRD. Dla mojego stylu jazdy najlepszy chyba byłby rower grawelowy, bo dziurawe asfalty wymagają czegoś bardziej terenowego niż szosowe slicki, a przy tym bruk, szuter czy leśna ścieżka nie byłyby wyzwaniem. No i wydaje mi się, że rower grawelowy to najbardziej przygodowy typ roweru, a do tego oferujący wygodną pozycję jak na szosie.

Jeszcze przed Goleniowem

Kierunek na Stepnicę

Za Stepnicą jest budowa. Kawałek jest już z nową nawierzchnią, ale zdecydowanie nie polecam roweru szosowego, bo we wsiach jeszcze jest dziko. Roboty mają zostac skończone zdaje się w maju 2022.


W końcu na Wolinie

Obowiązkowe zdjęcie

Dzisiaj zabrałem ze sobą 4,5 litra wody i puszkę 0,5 L bezalkoholowego radlera i to ostatnie to był dobry pomysł. Na przyszłość będę brał chyba nawet dwie puszki. W arsenale jeszcze ukatrupione poprzednim wyjazdem wafle w czekoladzie, która się przykleiła do papierka na amen oraz dwie kanapki z kotletem schabowym. Do tego 5 tabletek z potasem po 150 mg/szt. Wszystko dzisiaj robiłem, żeby tylko nie musieć po te kotlety sięgać, ale w końcu poczułem, że nie dam rady i jednego wciągnąłem. Nawet dobry był mimo ponad 8 godzin w ciepełku.

Ponieważ jechałem dzisiaj w miarę szybko jak na porównywalne wycieczki i miałem świadomość, że nieprędko będę w porównywalnej sytuacji, to zdecydowałem się, że nawet kosztem nocnego powrotu podjadę do Międzyzdrojów. Bocznymi drogami. Dziurawymi. Ah, jak dobrze, że nie wziąłem szosy.



Tu mieszkają żubry

Stąd przyjechałem



Ok, morze cyknięte, więc można wracać

Powrót zrobiłem inną drogą. Najpierw po DK3, a potem wzdłuż S3.











Dawna DK3, obecnie chyba jakaś DW. Pusto i dobra nawierzchnia, przyjemny odcinek.

Przejście dla zwierząt

Widok z wiaduktu na nowy odcinek S3
To już koniec zdjęć. Do Goleniowa dojechałem już w totalnej szarówce. Powrót przez Lubczynę i Czarną Łąkę. Jakaś masakra muchowo-ćmowa miała miejsce po zapadnięciu zmroku. Parę razy wjechałem w takie chmary, że zdecydowałem się na jazdę bez światła przedniego, o ile było widać jezdnię i nic nie jechało w moją stronę. Ostatnie około 30 km to też walka ze zgonem. W rezerwie miałem jeszcze drugą kanapkę z kotletem schabowym, ale nie chciało mi się otwierać torby i ryzykować, że tym razem kotlet będzie smakować jak kapeć. Z drugiej strony takie danie sobie w kość zwykle na kolejne wyjazdy procentuje, więc doczołgałem się powolutku do finiszu. Teraz jeszcze nie poszedłem spać do 5 nad ranem, bo wcinam po trochu kolejne tabsy i czuję respekt przed potencjalnymi skurczami. Jeśli wejdzie, to będzie to taki skurcz morderca, a ja będę musiał ostro drzeć ryja, do tego obie łydki sa zagrożone, więc zrobię wszystko byle tylko to zablokować. Tak w ogóle, wyszedł mi rekord życiowy na rowerze MTB. Pomału kończą mi się opony i na próbę kupię sobie chyba opony z bieżnikiem jak do grawela tylko, że 26 cali. Tak w ramach testu jak to się jeździ na małym bieżniku po szosie i w lekkim terenie.

